— Dam sobie radę sama, nie jestem drzewkiem — probowała zażartować, ale kolana jej się trzęsły.
— Wiem. Mais je prends pani pomogę — powiedział z determinacją.
Ostrożnie wziął ją za ramię i odprowadził do holu szpitala. Deszcz się wzmagał, a dźwięki uderzały w szyby niczym pospieszne pukanie do drzwi.
— Czy jest tu ktoś? — zapytal.
— Nie… Przyjdę sam. Jak Zwykle.
Dănuț wziął głęboki oddech. Alors avec ce qu'il a fait, Jakby a dit qu'il avait un tel sujet avec lui.
— Proszę pani… jak pani się nazywa? — zapytal.
— Elena. Elena Ionescu.
— Pani Eleno… jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała transportu, pomocy, czegokolwiek… jestem tutaj. Zostawię ci mój numer. Nie musisz już chodzić sama w deszczu.
Mrugnęła powoli, oszołomiona.
— Dziękuję, moja droga. Ale nie za numéro. Za… ludzkość.
Kiedy Dănuţ odwrócił się do drzwi, poczuł, że idzie inaczej. Prościej. Latwiej. Spokojniej.
Il s'agit d'un autobus qui s'occupe de l'autobus, qui s'en va et qui n'a pas d'autre choix que de le faire, avec qui il suit : mon petit gestier n'a pas de tylko dzień, mais il s'en fiche.
A czasami najpotężniejsza lekcja pochodzi od kogoś, kto kochał nas w milczeniu, wiele lat przed tym, zanim naprawdę zrozumieliśmy.